Szlocham

Jeszcze czasami za Tobą szlocham.. Gdzieś w kąciku, w ukryciu.. Jeszcze wydaje mi się, że tam będziesz na mnie czekał, gdy przyjadę.. Zastanawiam się, czy przyjedziesz trzeźwy, mimo, że już tyle minęło odkąd nie piłeś.. Jeszcze tęsknię za Tobą.. Wydaje mi się to nadal nie realne.. Tak strasznie złapałam się tego, że Cię jeszcze zobaczę pomimo iż wiedziałam gdzieś w środku, że jest mała nadzieja.. Nie udało mi się przygotować na to, że odejdziesz.. Nie do końca się z Tobą pożegnałam.. Jeszcze tak gdybym objęła Cię ten ostatni raz.. Robię to, dziadziusiu.. Przytulam się do Ciebie w mojej wyobraźni, bo tęsknię i szlocham jeszcze czasami za Tobą..

Oye me canta..

   Tak wiem, nie pisałam w pizdu i jeszcze dłużej. Już nie jestem pewna czy tak dobrze pisze po polsku..:P To już 11 miesięcy jak tu przyleciałam! Jeszcze poczekam z rozliczeniem, jak już minie okrągła liczba, ale póki co – pare zdań. Ogółem w porządku, robi się coraz bardziej gorąco, nie żeby było zimno wcześniej, ale już mi brakowało ciepłych wieczór. Dzisiaj np. jak odprowadzałam mamę poczułam polską wiosnę – otoczona zielenią, ciepłem, słuchając śpiewu ptaszków, które zawsze zwiastowały koniec zimy w Polsce. Takich momentów mi brakuje, takiego czegoś co sprawia, że czujesz, że zmienia się pora roku. Ostatnio byłam chora, miałam pierwszy raz zapalenie zatok, odkąd tu przyleciałam. A wiadomo, jak człowiek jest chory to i smutny bardziej. Bo brakuje mi Was, brakuje momentami aż do bólu.. Nie rozumiałam, co się tak nagle stało, że zaatakował mnie taki smutek, potem pomyślałam, że przecież odkąd mieszkam z Simonem, nie mam internetu prawie w ogóle – a to oznacza, że tracę z Wami kontakt. Dobra wiadomośc jest taka, że lada chwila nam go podłączą i będę mogła z wami więcej pisac. Moja codziennośc dobija mnie zawsze o 21 jak kończę pracę i idę do pustego domu. No i siedzę do północy przed telewizorem, czekając aż Simo wróci, żeby chociaż godzinke dwie z Nim posiedziec. No i ten czas mogłabym spokojnie poświęcic na gg albo pisaniu maili, co by mnie tak strasznie ucieszyło. Bo ostatnio to już mi nikt nic nie pisze jak się sama nie odezwe ;> hehehe, żartuję;)
   W pracy mnie troche wkurzają, aż się zastanawiam czy się szybciej nie zwolnic. Teoretycznie mam kontrakt do końca sierpnia, ale jak wytrzymam do końca maja i znajdę pracę (a znajdę raczej, bo już pół wyspy znam), to zrobią mi kontrakt na trzy miesiące co w rezultacie da mi taki sam wynik, plus zmianę otoczenia. No i może będę więcej zarabiac :P wiadomo, na początku się wydaje, że się kokosy zarabia a potem chce się więcej, co w sumie jest zrozumiałe, bo można by pokupowac wiele rzeczy, które mogłabym Wam powysyłac, a przydałoby Wam się na pewno. Może bym wreszcie do Polski poleciała.. :P póki co, nie wiem. Bo Simo miał niby wziąc urlop, który nie wiadomo czy by dostał, ale w końcu się zwalnia i nie wiadomo co dalej. Nie żeby się martwił – tutaj dostaje zasiłek dla bezrobotnych 70 % od ostatniej wypłaty czy ludzkie pieniądze. A ma 24 miesiące już uzbieranie zasiłku. Tylko nie wiem, jak to z tym urlopem, bo chcieliśmy też poleciec do Maroko, do Jego rodziców, żebym ich poznała. Nasi znajomi we Włoszech i jego reszta rodziny też nas męczą, bo wiedzą, że mamy do nich tanie bilety. Tak czy inaczej, jak uda mi się nazbierac na bilet to bym chciała do Polski. Z tym wyjazdem to jednak problem, bo to jednak wyspa. A jeszcze teraz znowu poblokowali lotniska, bo wulkan. Ajajajajajjjj!

Buziaki robaki, dajcie jakiś głos, że żyjecie – najlepiej na maila (girl_from_princeton@tlen.pl), albo możecie zostawiac komentarze na blogu bo też zaglądam. Trzymajcie się, pozdrawiam wszystkich gorącoooo!

Przyjaciele..

   A jednak. W pierwszej chwili wydawało mi się, że ten smutek spowodowany jest zaistniałą sytuacją – że On nie napisał mi, iż wróci później. Nawet mój młodszy brat wiedział, że ma mi wysłać smsa, gdy chce wrócić trochę później. I nie dlatego, że mam taki kaprys, ale dlatego, że – najzwyczajeniej w świecie – martwię się i o brata, i o Niego.
   Ale potem pomyślałam sobie, że przecież każdy ma prawo wyrwać się gdzieś ze swoimi przyjaciółmi. Powinien mi napisać lub zadzwonić, ale w gruncie rzeczy chciał się oderwać. I wtedy właśnie zalała mnie ta prawdziwa, wielka fala smutku i tęsknoty. Za MOIMI przyjaciółmi, których tutaj nie mam. Uświadomiłam sobie, że nie należe do osób, które zmieniają przyjaciół. Nie, żebym miała problemy z nawiązywaniem nowych znajomości – o niee, wręcz przeciwnie – ludzie lgną do mnie, wyczuwając, że jestem dobrą osóbką. Niestety, do pewnych osób zbyt łatwo się przywiązuję i nie umiem radzić sobie z ich brakiem. Nie wiem, co robić. Naprawdę.
   Tak więc doszłam do wniosku, że pomysł nieszukania tutaj znajomych (może kiedyś i przyjaciół) nie był najlepszy i jednak muszę się otworzyć na te nowe osoby. Nie mówię, że wszyscy – praktycznie każdego, kogo znam to dzięki Niemu. Bo to On zna tutaj prawie każdego. Są jednak osoby, z którymi nie widuje się codziennie, z którymi ja mogłabym się widywać, gdy on będzie chciał wyjść z kimś innym. To tak na początek.. Nie zmienia to faktu, że tęsknię za Wami, żóczki:*
   Podsumowując, życie na obczyźnie może i jest lepsze (jak to ostatnio powiedziałam mamie „lepsza bieda pięcio gwiazdkowa z widokiem na ocean”:P), ale samemu tu się jednak nie da. Za dużo mamy w sobie potrzeb bliskości czy kontaktów z innymi istotami, żeby zachować to tylko dla samego siebie. Dlatego trzeba iść na przód, nigdy niezapominając, kim się było, i kim się jest teraz.:)

Daleko za horyzontem.

  Zaczął się okres wakacyjny i nagle blogowanie ustało. Nie tylko u mnie, Robaczki..;> Zbieram się na tą notkę od paru dni, chociaż tak naprawdę nic się nie dzieje. Nachodzą mnie tylko czasami naprawdę czarne myśli.. O tym, że jak nie znajdę pracy to, czy będę musiała zmienic kraj? Do Polski nie mam co wracac, przynajmniej do lutego.. Więc może Włochy? Pochłania mnie rozpacz, jak sobie pomyślę, że miałabym znów przechodzic to, co przeszłam przez te parę ostatnich miesięcy przed wakacjami. Zdaję sobie sprawę z tego, że byłoby jeszcze gorzej. Bo do stycznia, zanim S. przyleciał do mnie, nie było tak źle. Potem wystarczyło pobyc z nim, by cierpiec katusze po jego wyjeździe. A byliśmy zaledwie 66 godzin razem, więc nie chcę nawet myślec, co by się działo tym razem.. Momentami zdarza mi się panikowac. Dacie wiarę? Mnie, wiecznej optymistce. Ale to tylko dlatego, że sama nie mam kogo tu pocieszac, kogo podnosic na duchu, czy skupic się na cudzych problemach. Bo tak zawsze było mi łatwiej byc optymistką. A teraz.. Jednak tak jak wspomniałam, to przychodzi tylko czasami. Wciąż wierzę, że się uda. Wciąż marzeniami wyprzedzam horyzont i na tym niech na razie zostanie.

Ps. Powoli przyzwyczajam się do nieobecności pewnych osób – np. mojego Kubusia.. Może przez to, że go nie widzę, nie rozmawiam z nim jest mi łatwiej. Ale są w moim sercu takie osoby, których brak zawsze będę odczuwac tak samo mocno.. Dlatego zrobię wszystko, żeby ściągnąc tutaj te osoby, chociaż na jakiś urlopik;) Mam nadzieję, że wiesz Miju, że chodzi mi głównie o Ciebie i Oskarka.. Buziaki dla was!

Ps.2. Miało byc nic, miało nie byc notki, a jak widac – sama się napisała i to nie znowu taka krótka :) Aaaa dziś weekend! O tym powinnam była jeszcze wspomniec – w weekendy śpię u S. dzięki czemu w weekendy jest mi łatwiej myślec pozytywnie..

Trele morele

   Jeszcze czasem niedowierzam. Nie dociera do mnie fakt, iż tu jestem. Jeszcze zdaje mi się, że za parę dni będę musiała wrócić do rzeczywistości. A przecież TO jest rzeczywistość. Mimo, że mija dzisiaj 10 dni odkąd przyleciałam to jeszcze nie do końca mój mózg to zaakceptował. To jednak miłe uczucie, to bycie chwilowo na wakacjach. Może jak zrobię dokumenty i znajdę pracę to się przystosuję. Może. Niech na razie jednak trwa ten stan, pomagając mi w rozstaniu z moimi przyjaciółmi z Polski.. Niech świadomość oszukuje mnie jeszcze przez jakiś czas, żebym nabrała sił na tą trudną chwilę, kiedy dotrze do mnie jak daleko jestem od Was. Z drugiej jednak strony wiem, że powoli sama buduję sobie drogę do Was – moją własną dróżkę, na którą zawsze będę mogła wrócić, by z Wami porozmawiać. To właśnie dzięki tym rozmowom z Wami, wciąż czuję Waszą obecność.

   Z innej beczki. Czy ten kaszel nigdy nie ustąpi??!! Już mam dosyć go, nie radzę sobie z nim i z jego humorkami – raz jest, za chwile znika, tylko po to, by znów wrócić. Dobrze z jednej strony, że i On nie wydrowiał jeszcze i mogę być spokojna, iż chociaż jego nie zarażę. Przez to znów chce mi się pisać, czytać, słuchać.. Szkoda, że nie mam zaległych e-maili, na które teraz chętnie bym odpisała. Więc kochani moi, klawiatura w ręce i pisajta międzynarodowego jednego, chociaż raz w tygodniu ;-)