Po burzy, zawsze wychodzi słońce.

I tak patrzy czasem na mnie, nie zdając sobie sprawy z tego, jak cała się trzęsę ze strachu.. że to się kiedyś skończy.. A łzy spływają niewidzialną linią po policzku.. Bo przecież ja już nie pamiętam jak wyglądało życie przed Nim. Boję się czasem bać. I tak sobie patrzę na niego jak udaje, że tego nie zauważa, i sobie myślę, o czym On do jasnej cholery myśli?! I nagle ni stąd ni zowąc, mówi, że życie wydaje się łatwe.. Przecież obojemy wiemy, że tak nie jest. Okłamuję się, że nic się nie dzieje.. Boję tak strasznie zapytać, żeby nie usłyszeć potwierdzenia. Czekam.. Zawsze przecież w którymś momencie się ocknie, przybliży i zrobi coś, co sprawi, że rozwieją się wszystkie moje wątpliwości.. Tak zawsze przynajmniej było. I wierzę, że tym razem też przyjdzie..

Ja po prostu potrzebuję odespać te przepracowane nocki, zregenerować się i wróci wszystko do normy. Do mojego pięknego świata. Do mojego Raju.