Kawa z ekspresu nie jest zła. Po chwili okazuje się nawet lepsza.

   Co chwilę próbuję wcisnąć jakiś kawałek w jakąś dziurę, ale za cholerę się nie da. Uparte te kawałki, nie umieją się same dopasować, jak gdyby nie było na świecie cięższych rzeczy. Nie muszę oglądać się za siebie, żeby wiedzieć jak wygląda układanka z tamtego życia – z tego życia bez S. Tamta układanka jest prawie skończona, prawie wszytkie odłamki dałam we właściwe miejsce, dorzucając trochę silikonowych problemów czy cementowych wspomnień. Brakowało w niej jednego kawałka. Pomimo, że szukałam go całe życie, pomimo, że czułam, gdy go znalazłam, że będzie pasował idealnie, pomimo tego wszystkiego okazało się, iż jest on ostatnim elementem tamtej układanki i jednocześnie pierwszym do nowej układanki. Tak jakby znalezienie go anulowało wszystkie tamte puzle. Culo (dupa) jak nic.
   Więc tak sobie coś tam składam, gdzie się da. A czasem też tam, gdzie się nie da, wkurzając się i rozpieprzając wszystko od nowa. Chciałam wam opowiedzieć o tym z całą złością, jaka mną ogarnęła dzisiaj, ale już się ulotniła, za długo szykowałam się do pisania. Może to i lepiej, wszystko z czasem podobno samo się układa. Wiem, że nic od razu i tak dalej. Ale, cholera, minął już miesiąc w rzeczywistym świecie – bo u mnie czas liczy się trochę inaczej, to te dobre chwile je budują, gdy jestem z S., lub gdy śmieję się z moją rodzinką (co niestety zdarza się nie tak często). Mój zegar wskazuje, że przyleciałam dopiero tydzień temu. Ewidentnie potrzebowałam odpoczynku po tych zakichanych miesiącach w Polsce. Tam też czas leciał inaczej – wydawało mi się, że każda chwila w samotności liczy się razy dwa. Tylko moi prawdziwi przyjaciele zapełniali ten smutny okres swoimi uśmiechami i słowami (za co jeszcze raz dziękuję).
   Kończąc com zaczęła, chociaż pewnie uciął mi się jakiś wątek, dodam pewien przykład z obecnej chwili. Byłam zła, cholernie zła, bo wystarczyło parę zbędnych słów, a moja huśtawka się zachwiała. Gdy już się pozbierałam, gotowa dalej walczyć, zadzwonił S. I oczywiście kolejne słowa, które zadziałały kojąco. Nigdy chyba nie nauczę się panować nad swoimi emocjami, żeby nie reagować zbyt pochopnie. Troppo emozionata!!

Radośc z życia

  Zauważyłam dzisiaj coś, co mnie zmatwiło. Ludzie, których znam, których pamiętam śmiejących się, tętniących życiem.. nagle coś w nich przygasło. Nie wiem dlaczego i jak to się stało. Może zapomnieli już jak to jest byc szczęśliwym? Kiedyś o tym czytałam, że jak ktoś za długo tkwi w pesymiźmie, lub, co gorsza, ma same problemy to dochodzi do takiego przyzwyczajenia, że już bardziej boi się byc znów szczęśliwym, niż tkwic dalej w dołku. Gdzie są te radosne chwile, które potrafiły naładowac akumulatory na ciężkie dni? Tak ogólnie to te chwile są, przynajmniej ja je widzę. Czasem staram się pokazac je innym, ale oni są zbyt przejęci rzeczywistością. I jednocześnie rozumiem ich podejście do owych problemów – niektóre z nich dotyczą i mnie, niestety, na samą myśl o nich łzy podchodzą mi do oczu.. Ale gdzie jest wola walki? Tak, tak, taka jestem teraz cwana, po poprzedniej notce pesymistycznej. Tymczasem jednak ja staram się wyżalic raz na jakiś czas i basta. Trzeba życ, a nie tylko oddychac.

  Jeszcze dodam tylko parę słów o minionym weekendzie.. Otóż był on specjalny dla mnie i mojej drugiej połówki. Wiem, jak było jemu ciężko powiedziec te parę słów na głos, tymbardziej przepełnia mnie radośc i jednocześnie duma. Byłam tak zszokowana, że nie wiedziałam co powiedziec, nie chcąc go wystraszyc czy spłoszyc. Oczywiście, że nie dowiedziałam się niczego nowego – on mi to powtarza codziennie tym, jak na mnie patrzy. Ale pierwszy raz od przyjazdu do Polski.. nie, nawet w Polsce nie powiedział mi aż tyle wprost – pierwszy raz zostały zaspokojone także moje uszy. Słowa, których wartośc jest gigantyczna, gdy nie są wypowiedziane, a są wyczuwalne. Słowa wypowiedziane szeptem w doskonałym momencie. Słowa, które zostaną we mnie już na zawsze. Amen:D Buziaki dla was:*

Daleko za horyzontem.

  Zaczął się okres wakacyjny i nagle blogowanie ustało. Nie tylko u mnie, Robaczki..;> Zbieram się na tą notkę od paru dni, chociaż tak naprawdę nic się nie dzieje. Nachodzą mnie tylko czasami naprawdę czarne myśli.. O tym, że jak nie znajdę pracy to, czy będę musiała zmienic kraj? Do Polski nie mam co wracac, przynajmniej do lutego.. Więc może Włochy? Pochłania mnie rozpacz, jak sobie pomyślę, że miałabym znów przechodzic to, co przeszłam przez te parę ostatnich miesięcy przed wakacjami. Zdaję sobie sprawę z tego, że byłoby jeszcze gorzej. Bo do stycznia, zanim S. przyleciał do mnie, nie było tak źle. Potem wystarczyło pobyc z nim, by cierpiec katusze po jego wyjeździe. A byliśmy zaledwie 66 godzin razem, więc nie chcę nawet myślec, co by się działo tym razem.. Momentami zdarza mi się panikowac. Dacie wiarę? Mnie, wiecznej optymistce. Ale to tylko dlatego, że sama nie mam kogo tu pocieszac, kogo podnosic na duchu, czy skupic się na cudzych problemach. Bo tak zawsze było mi łatwiej byc optymistką. A teraz.. Jednak tak jak wspomniałam, to przychodzi tylko czasami. Wciąż wierzę, że się uda. Wciąż marzeniami wyprzedzam horyzont i na tym niech na razie zostanie.

Ps. Powoli przyzwyczajam się do nieobecności pewnych osób – np. mojego Kubusia.. Może przez to, że go nie widzę, nie rozmawiam z nim jest mi łatwiej. Ale są w moim sercu takie osoby, których brak zawsze będę odczuwac tak samo mocno.. Dlatego zrobię wszystko, żeby ściągnąc tutaj te osoby, chociaż na jakiś urlopik;) Mam nadzieję, że wiesz Miju, że chodzi mi głównie o Ciebie i Oskarka.. Buziaki dla was!

Ps.2. Miało byc nic, miało nie byc notki, a jak widac – sama się napisała i to nie znowu taka krótka :) Aaaa dziś weekend! O tym powinnam była jeszcze wspomniec – w weekendy śpię u S. dzięki czemu w weekendy jest mi łatwiej myślec pozytywnie..